LZS

„Gdy nie ma później”…refleksyjnie

Ciągle gonimy, biegniemy, gdzieś się spieszymy. Spotkania, rozmowy w cztery oczy, ważne słowa odkładamy na później. Mijają dni, tygodnie, miesiące i lata…i w końcu już nie ma tego później, nie ma potem. Zostają niewypowiedziane słowa, niezałatwione sprawy, wyrzuty sumienia: dlaczego nie znalazłem chwili, czemu nie odebrałem telefonu, czemu się oddaliłem, czemu nie wybaczyłem, czemu zapomniałem. Żyjąc z dnia na dzień, bierzemy życie jako pewnik, kolejny dzień jako jeden z wielu następnych, a co gdyby właśnie ten dzisiejszy był ostatnim? Do kogo byś zadzwonił, kogo chciał byś zobaczyć, co powiedzieć? Wędrówką życie jest człowieka – jak pisał Stachura, jak chmura zwiewne jest płynie wzwyż, płynie w niż, śmierć go czeka. Sprawiedliwa, czeka na każdego, każdego do siebie zaprosi. Zawsze gdy odchodzi ktoś za wcześnie, niespodziewanie, niesprawiedliwie zatrzymuje się w miejscu robiąc rachunek sumienia. Nie tylko śmierć nas powinna do tego motywować, a niestety zazwyczaj tak jest. Postawić być nad mieć. Trudne? Bardzo. Jak być bez mieć, jak mieć i być. Czas biegnie coraz szybciej, nie mamy czasu, jednak znajdźmy go nim będzie za późno.

Dziś 10 kwietnia 2019 r., pożegnaliśmy Marka Dybula – wspaniałego człowieka, jakich w obecnych czasach coraz mniej. Bezinteresownego, pomocnego, otwartego na ludzi, kochającego sport i pracę dla dobra tej małej lub większej społeczności. 11 lat mojej osobistej współpracy i nigdy nie usłyszałam złego słowa, a umówmy się moje początki w świecie sportu nie należały do łatwych, zdarzało mi się namieszać. Piłka nożna była dla mnie światem nowym, nie znanym, żółte kartki, zawieszenia zawodników, obsady sędziowskie, protokoły meczowe, tabele, budowanie terminarzy – wyglądało to strasznie. Pamiętam jak pierwszy raz pojawiłam się na spotkaniu Społecznej Sekcji Piłki Nożnej działającej przy PZ LZS w Świdnicy. Przerażona. Kierownicy drużyn, prezesi i ja. Nie pamiętam nikogo pamiętam Marka, jak mówił tu mamy segregator kar i zawieszonych zawodników, tu protokoły, tu wyniki, uporządkowane, czytelne, jasno wyjaśnione. Potem widywaliśmy się na meczach, w biurze, na zawodach, nigdy nie powiedział mi, że się nie da przełożyć, odwołać, przyjechać, pomóc. Wyniki – zawsze punktualnie w poniedziałek w umówionym miejscu, telefonicznie lub osobiście.

Gdy rozpoczęła się moja przygoda z LZS miałam 19 lat, przyszłam na staż, przerażona dzwoniącym telefonem, milionem pytań, papierami, facetami, którzy ciągle coś ode mnie chcieli.

Wszystko było dla mnie takie nowe, wszyscy traktowali mnie z dystansem, byłam młoda, przestraszona i byłam kobietą w tym mocno męskim świecie. Byli tacy ludzie jak Marek Dybul, Janek Szklarski czy Wiesiu Kułakowski, którego bardzo mi brak, a tak wiele mnie nauczył. Teraz po latach to już nie są dla mnie obcy ludzie, mówię o nich „moje chłopaki”, z większością jestem „na ty” choć dzieli nas wiele lat, z częścią jestem bardzo zżyta, część już odeszła, część choruje – widzę to i martwię się, na części jednak też się zawiodłam. LZS-y to część mojego życia, to całe moje dorosłe życie. To czasy studiów, gdzie z torbą z ciuchami sportowymi jechałam na zajęcia, by się z nich zerwać i jechać na zawody, to turnieje, mecze, regulaminy, artykuły do gazet, współpraca z drużynami, to wielka szkoła życia. To jego ogromny fragment i pasja. Żałuje. Czego? Tego, że do LZS-ów nie przychodzą ludzie młodzi, że dalej trochę stoimy w miejscu i niektórzy z nas myślą, że są nie zastąpieni, najważniejsi, że wokół nich się wszystko kręci. Na pewnym mądrym szkoleniu dowiedziałam się kiedyś, że LZS to prężne środowisko, a teraz choć zabrzmi to brutalnie – z ograniczonym czasem działalności. Większość moich kolegów to ludzie po 60 r.ż., a gdzie są ci, którzy ich zastąpią gdy zabraknie sił, gdy ich zabraknie? To wina systemu, bo w stowarzyszeniach takich jak Ludowe Zespoły Sportowe nie ma pieniędzy na płace? To też wina tych, którzy od lat działają i myślą, że ich „termin przydatności” nie minie, nie otwierają się na młodych, podcinają im skrzydła, zniechęcają. To też wina młodych, bo po prostu najnormalniej w świecie się im nie chce. Błędne koło. Ja cieszę się, że do tego środowiska sportowego świata trafiłam i niczego nie żałuję!

Refleksyjnie tak, ale podsumowując – niech nam się chce rozmawiać ze sobą, znaleźć dla siebie czas, starać się zrozumieć, nie czuć się najlepszym i niezastąpionym, nie krzywdzić się, nie kłócić, bo życie jest na to wszystko za krótkie. Skąd wiemy, kogo z nas za chwile zabraknie?

Panie Marku niech Pan czuwa nad nami tam z góry, a Wy – my spróbujmy każdego dnia zmieniać świat i siebie na lepsze, bo warto.

Zuzanna Panek

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress